Wycieczka na Zanzibar – czyli "Show Must Go On".
Organizator: Biuro Podróży TUI. Biuro Podróży „My Tours” z Lęborka – mytours.pl.
Wylot z Warszawy. Przelot 11 godzin z międzylądowaniem w Egipcie. Linia Enter Air czyli po taniości. Niestety wyboru nie było i to nie tylko przewoźnika. Takie czasy. Ot taki sobie nijaki wirus, co go nawet dojrzeć nie sposób, zawojował świat. Na nic broń, amunicja, mury obronne i wszystkie pieniądze świata. Wirus od roku postanowił zagościć na ziemi, którą opanował i sprawdzić kto mu podskoczy. Znalazł się jeden taki, który szukał głupszych od siebie i stwierdził, "co nam wirus, nie należy się go bać", można iść do urn. Szkoda tylko, że nie sprecyzował jakie urny miał na myśli. Po nim był inny, z tej samej kuźni talentów, który przyczyny śmiertelności Polaków w czasie pandemii dopatrzył się w ich złym odżywianiu i smogu. I jak tu z tego kraju chociaż na chwilę nie wyjechać ? Sami robią co chcą, a nam zabraniają. Na szczęście byli mądrzejsi, co wirusa chcieli przechytrzyć i szczepionkę wynaleźli ale wirusowi na ziemi chyba się spodobało, więc postanowił spłodzić silniejsze zmutowane potomstwo i jak na razie końca nie widać. W takich oto okolicznościach światowej bezsilności został otwarty korytarz powietrzny z Polski na Zanzibar, z czego przygnębieni Polacy nie omieszkali skorzystać. Przez kilka dni byliśmy odcięci od politycznych polskich nieudolności walki z epidemią, i mogę powiedzieć, że było bezpieczniej niż w przeciętnym markecie w piątkowe popołudnie.
Zanzibar: wyspa na Oceanie Indyjskim należąca do sąsiadującej Tanzanii. Największym miastem na wyspie jest Zanzibar.
Wiza: na wjazd do Zanzibaru potrzebna jest wiza, którą można kupić na lotnisku w Zanzibarze za 50$ (niestety procedura trochę trwa i wymaga przejścia przez trzy punkty obsługi, a w każdym kolejka pasażerów z samolotu) lub przed wylotem skorzystać z oferty strony https://eservices.immigration.go.tz/
Organizacja wyjazdu: tym razem nie skorzystaliśmy z oferty wycieczek objazdowych ponieważ takich nie było. Niestety wirus zatrzymał świat. Żeby pieniądze nie przepadły wybraliśmy kilkukrotnie przekładany z powodu pandemii wyjazd typu All Inclusive. Mówię wam okropieństwo to All Inclussive. Dlatego, żeby się w hotelu nie męczyć, wyjazdy na wycieczki organizowaliśmy z miejscowymi przewodnikami za pośrednictwem biura "Polak w Tropikach", o którym kilka słów poniżej.
Polak w Tropikach: Nieoceniona poszukiwaczka naszych wyjazdów Małgorzata, w gąszczu internetowych ofert wypatrzyła biuro "Polak w Tropikach" (facebook.com/polakwtropikach) organizujące lokalne wycieczki zgodnie z nazwą "w tropikach". Traf chciał, że na Zanzibarze też. Wybrała wszystko co na Zanzibarze można zobaczyć w towarzystwie młodych, miejscowych przewodników mówiących po polsku jak zapewniał właściciel biura. No cóż, mówiących to za dużo powiedziane, chociaż Josef (hotelowy rezydent) i Stefan znali polski na przyzwoitym komunikatywnym poziomie. Inni cały czas byli na etapie nauki ale trzeba przyznać, że się bardzo starali i to się chwali. Przejść z "suahili" na polski na podstawie nauki z you tube to szacun. Dlatego cierpliwość i wyrozumiałość w kontaktach wskazana. Zresztą w Afryce bez cierpliwości daleko nie zajedziesz, tutaj na wszystko mają czas. Pomocni pracownicy biura "Polak w Tropikach" byli dla nas dostępni za pośrednictwem WhatsApp praktycznie na bieżąco.
Znani, sławni, piękni i bogaci: urodzony na Zanzibarze Freddie Mercury wokalista zespołu Queen. Wydawałoby się, że przedstawiać nie trzeba. A jednak. Stary nie jestem, ale jest już nowe pokolenie młodych ludzi, którzy o takich sławach jak Queen, U2, George Michael, Genesis, Peter Gabriel nigdy nie słyszeli. Aż trudno w to uwierzyć jak ten czas leci.
Życie i codzienność: Co robią, z czego żyją ? Już podczas przejazdu z lotniska do hotelu, po wyglądzie zaniedbanych ulic, po wyglądzie ludzi można stwierdzić, że jest biednie. Ale to dopiero pierwsza godzina pobytu i w dodatku przejazd, może nie jest tak źle ? Kilka następnych dni zweryfikowało codzienność. Rzeczywiście nie jest bogato. Ludzie owszem pracują, mają regularne zatrudnienie lub dorywczo chałturzą dzięki czemu jakiś tam dochód mają i to przeważnie niewielki. Kolejne dni i kolejne przejazdy pokazały szarą codzienność Zanzibaru. Wioski z zaniedbanymi domami, zrobionymi dosłownie z tego co było pod ręką: trochę cegieł, drewna, blachy i trzciny. Przy domach niewielkie zagrody i kawałek poletka z drzewami owocowymi, trochę kur, jedna koza. Siedzą przy domach patrząc mętnym wzrokiem na przejeżdżających turystów, siedzą i czekają, nigdzie się nie spieszą. Dla nas trudne do zrozumienia. Dla nich tak wygląda życie. My gonimy od rana do nocy. W Afryce życie polega na czekaniu. Przemieszczają się na zdezelowanych motorach lub bardzo starymi samochodami. Turystyka ratuje ten kraj. Bardzo wiele osób pracuje w turystyce, uogólniając w usługach hotelarskich i około hotelarskich czyli transport, miejscowi przewodnicy, wycieczki krajoznawcze, restauracje, sprzedaż pamiątek. Drugą gałęzią gospodarki jest uprawa przypraw i owoców na eksport, a trzecią rybołówstwo. Ryby łowi się na kilkuosobowych kutrach ale także w pojedynkę na łodziach własnej roboty skręconych sznurkiem i sprzedaje bezpośrednio na targu na plaży lub na targu rybnym w Zanzibar City. Tutaj jest pewność, że zawsze jest świeża ryba. Pozostała część społeczeństwa, która nie pracuje w wymienionych branżach przygląda się tym, którzy pracują, podpierają ściany lub przemieszczają się z punktu A do punktu B pchając pusty wózek, którego nie mają czasu załadować. Jeszcze są dwie ważne gałęzie gospodarki czyli urzędnicy, którzy żyją ze społecznych datków oraz część młodzieży, która na plażach zaopatruje tysiące potrzebujących turystów w strunowe woreczki z zawartością suszu roślinnego lub białego proszku. Czyli odzwierciedlenie standardowego społeczeństwa tylko w skali mikro.
Co nam się podobało / Co zobaczyć: wyjazd inny niż dotychczas preferowane przez nas wycieczki objazdowe. Ale też z takim zamiarem lecieliśmy na Zanzibar, że wycieczki zorganizujemy sami. Już tam od razu sami, tzn; z pomocą lokalnych przewodników. Skorzystaliśmy z oferty opisanej powyżej "polakwtropikach". Oferta wycieczek po Zanzibarze jest tak zorganizowana, że w przeciągu 3 – 4 dni bez pośpiechu (Afryka i pośpiech :/) można zobaczyć wszystkie atrakcje i wszystkie polecamy.
- Plantacja przypraw w okolicy wioski Kizimbani. Jest to plantacja położona na bardzo rozległym terenie, który nie przypomina regularnych, podzielonych na strefy plantacji czy pola, na których w grządkach uprawia się przyprawy. Bez przewodnika, który pokazywał gdzie i co rośnie powiedziałbym, że jestem w lesie. Ot turysta zapłacił za wycieczkę na plantację przypraw, a kiedy wjechali na wyniosłość drogi oczom ich ukazał się las… (cyt: chcesz powiedzieć, że obiekt jest w zasięgu mojego wzroku ? …pokaż go to palcem!…) Dopiero nadążając za wskazaniami i objaśnieniami przewodnika i po bliższym przyjrzeniu okazało się, że wszędzie rosną goździki, wanilia, kardamon, cynamon, curry, chili, imbir, tamarynd, trawa cytrynowa, gałka muszkatołowa, pieprz, limonki, liczi, cytryny i wiele innych, które można było próbować i kupić. A na koniec szpenio wszedł na palmę i zaśpiewał piosenkę "hakuna matata", jakże by inną.
- Farma Wodorostów – Jambiani Seaweed. Nadmorska wioska, w której uprawia się wodorosty na potrzeby produkcji naturalnych kosmetyków. Uprawiane, zbierane, suszone a następnie w małym niepozornym domku przetwarzane przez pracownice na kosmetyki w postaci mydeł, olejków, kremów itp. Wszystko ręcznie z niewielką pomocą starych ale jarych maszyn, które tną, ścierają, kruszą, prasują i wytłaczają. Wielkie korporacje potrzebują wielkich fabryk. A na Zanzibarze wystarczy mały, szary domek i cztery panie.
- Jozani Forest. Spacer po bujnym i gęstym, miejscami bagiennym lesie, w którego pierwszej części mieliśmy okazję zobaczyć dwa gatunki małp "szare" płochliwe i "czerwone" ciekawskie. W drugiej części przeszliśmy po specjalnej kładce zbudowanej wśród lasu namorzynowego.
- Pływanie z delfinami. Było to nasze drugie podejście do tej wycieczki. Za pierwszym razem zrezygnowaliśmy z powodu nadciągającej burzy jaka nas zastała na plaży. Po porównaniu naszej łódeczki do fal po jakich mieliśmy płynąć zrezygnowaliśmy. Bohaterem morskich opowieści lepiej być przy piwie niż na wzburzonym oceanie. Zresztą co się odwlecze to nie uciecze. Podobne fale zastały nas w innym dniu na snoorkowaniu. Tak czy inaczej musieliśmy to przeżyć. Na delfiny wypływaliśmy o godz. 09.00, o której wszyscy już wracali i mówili, że delfiny widzieli. Wypłynięcie okupione było poszukiwaniem silnika do łodzi co dodatkowo opóźniło start o kolejne 30 min. Początkowy zapał minął, a sposobność zobaczenia delfinów i co ważniejsze możliwość popływania z nimi, malała. W końcu wypłynęliśmy a końca rejsu nie było widać. Po godzinnym bujaniu szalupą, już prawie zrezygnowani brakiem możliwości dogonienia delfinów, kiedy wznieśliśmy się na wyniosłość fal naszym oczom ukazał się … liczna grupa delfinów butlonosych. Warto było płynąć. Po raz kolejny mieliśmy szczęście, a to dlatego, że wszyscy, którzy tłumnie, łódź przy łodzi tłoczyli się starając dostrzec delfiny już wrócili, a my zostaliśmy sami i płynęliśmy z delfinami około 20 minut. Niestety zbyt duże fale, konieczność zachowania sporego odstępu łodzi od delfinów i tempo ich przemieszczania uniemożliwiło popływanie z nimi. Tylko na chwilę przy nas zwolniły, pomachały ogonami ale niestety nie mieliśmy wprawy pływać po tak dużych falach. Po wycieczce na Maderę było to nasze drugie spotkanie z delfinami na wolności i równie udane. To na Maderze zdecydowanie bliższe delfinów pływających tuż przy łodzi.
- Safari Blue. Snoorkowanie na rafie koralowej, na którą trzeba się dostać jak zwykle po wzburzonych falach. Niestety kolorowej rafy jaką znamy z programów tv już nie ma. Jest jej pozostałość szara i wyblakła z niewielka ilością równie szarych ryb. Powolną zagładę oceanów, do której przez lata się przyczyniałem, zobaczyłem na własne oczy. Dlatego nie dziwcie się Małgorzacie, że wykorzystuje każdą okazję i każde spotkanie, żeby nawracać ludzi na ekologię. Efekt domina niszczący świat już rozpoczęty.
- Nungwi Natural Aquarium. Nungwi jest rybacką wioską, w której znajduje się naturalne akwarium w postaci dość sporego oczka wodnego, w którym żyją żółwie morskie. Wielu powie, że w niewoli, którą w ten sposób finansujemy kupując bilety. Podobnie jak poniżej opisany rezerwat żółwi olbrzymich na Prison Island, jest to jedno z nielicznych miejsc, gdzie jeszcze można zobaczyć żółwie morskie niezaplątane w sieci rybackie, poplamione mazutem lub owinięte w dryfujący w oceanach plastik. Z Żółwiami można popływać i pokarmić wodorostami, trzeba uważać na palce.
- Plaża Kendwa. Na Zanzibarze jest kilka malowniczych plaż. Chociażby ta przy opisanej poniżej The Rock, z czystym piaskiem i pocztówkowymi palmami. Ale polecano żeby zobaczyć plażę w Kendwa podobno piękną. Już mieliśmy zorganizować specjalny wyjazd na tą plażę i całe szczęście, że do niego nie doszło. Na plażę trafiliśmy przy okazji jednej z wycieczek oferującej możliwości zobaczenia zachodu słońca. Cóż, zobaczyliśmy i tyle. Plaża miejska, 30oC, brak możliwości schowania przed słońcem, piasek rozgrzany do czerwoności a słońcu za horyzont nie śpieszno. Można było wynająć leżak pod parasolem za jedyne 50 - 80$/osoba, z której to oferty nie skorzystaliśmy i jakoś przez dwie godziny pod malutką, skrajną palmą dotrwaliśmy do wątpliwego zachodu słońca. Zachód słońca nijak się miał do naszych wiejskich, które codziennie w sezonie oglądamy na naszej górce.
- The Rock. Niewielka restauracja, na niewielkiej skale wystającej z oceanu. Mieliśmy szczęście i widzieliśmy to urocze miejsce w trakcie przypływu, kiedy to na skałę można się dostać łódką lub wpław. W trakcie odpływu można dojść ale efekt już nie ten sam.
- Prison Island. Wyspa na którą wypłynęliśmy z plaży w Stone Town. Jednak najpierw musieliśmy przedostać się z plaży przez dość wysokie fale na małą łódeczkę. Następnie około 1 godziny bujanego rejsu i wysiedliśmy na skrawku pięknej plaży Prison Island, czyli jak nazwa wskazuje Więziennej Wyspy. Przynajmniej taki był zamiar jej utworzenia ale ostatecznie okazała się miejscem kwarantanny. Na wyspie krótki spacer po miejscowych zabudowaniach a raczej fortyfikacji i przejście do najważniejszego celu wyprawy czyli do rezerwatu "żółwi olbrzymich".
- Żółwie Olbrzymie. Jak nazwa wskazuje naprawdę są olbrzymie i nie krępują się przed seksem na oczach ludzi. To miejsce koniecznie trzeba zobaczyć. Polecamy. Niestety takie zwierzęta niedługo będą rzadkością i będzie je można oglądać tylko w zamkniętych, chronionych strefach takich jak na Prison Island. Inaczej wyginą między innymi z rąk kłusowników. Pomiędzy żółwiami można swobodnie spacerować i karmić je kapustą.
- Stone Town (Kamienne Miasto na liście Unesco). Dzielnica miasta Zanzibar, w której urodził się Farrokh Bulsara czyli Freddie Mercury wokalista Queen. W mieście do zobaczenia targ rybny (prawdziwy, śmierdzący targ rybny – rewelacja), dawny targ niewolniczy, targ warzywny, Pałac Sułtana, Fort Arabski, Muzeum Freddiego Mercury i co najważniejsze możliwość przechadzki wąskimi, skąpanymi w słońcu, klimatycznymi uliczkami tętniącymi bazarowym życiem. Po kilkugodzinnym spacerze doskwierał brak czegokolwiek chłodnego do picia (kraj muzułmański) dlatego jak tylko nadarzyła się okazja wszyscy kupili świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej z dodatkiem limonki. Taki był popyt na sok, że sprzedawca nie nadążał ręcznie wyciskać trzciny.
Co nam się nie podobało: Brak zdarzeń i miejsc, które moglibyśmy ocenić negatywnie i wyjazd ogólnie zaliczamy do udanych. Nie można powiedzieć, że Zanzibar nam się nie spodobał. Raczej nas nie zachwycił jak inne miejsca, które odwiedziliśmy. Byliśmy, widzieliśmy, było ciekawie ale nie na tyle żeby wracać tam kilkukrotnie jak zachwycone Zanzibarem osoby, które poznaliśmy.
Hotel: Paradise Beach Resort (a jaką mógłby mieć inną nazwę) opcja All Inclussive. Dla nas odpowiedni, kameralny, domki dwupiętrowe usytuowane w kształcie "C". Pokoje duże z łazienką, klimatyzowane z wykupioną opcją "z widokiem na morze" a okazało się "na może z widokiem" – taki chwyt marketingowy, standard wystarczający. Ale dla osób ceniących jakość glazury, terakoty i połysku łazienkowych luster może okazać się niewystarczający. Po środku bar, basen i wygrodzona plaża wewnętrzna. Wykupiony widok na morze był z każdego pokoju, z tym że zasłonięty przez hotelowe, plażowe palmy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Lepsze okazały się hotelowe, plażowe palmy niż widok na morze z hotelowego pokoju, w którym i tak tylko nocowaliśmy. Drzewa tworzyły iście kameralny klimat i chroniły przed słońcem i morskim wiatrem. Bardzo nam to odpowiadało. Bonusem była lokalna hotelowa małpka biegająca wśród gości. Niestety był też minus: drinki bardzo rozcieńczane, do tego stopnia, że w drinku brakowało alkoholu, a whisky bez dodatku nie podawali, a inaczej nie pijam. Nie dziwne, że zaprawieni w wyjazdach All Inclusive Rosjanie przywożą własny alkohol. Pozostawało tylko lokalne piwo. Odnośnie All Inclusive (wypas łącznie z owocami morza) nie zdziwi was pewnie fakt, że ostatniego dnia, od "wszędobylców z Warszawy" i tak usłyszeliśmy "bieda, nie było co jeść, tak kiepskiego jedzenia jeszcze nie widziałem". Wyobrażacie sobie ! All Inclussive i nie było co jeść ? Skąd tacy ludzie się biorą ?
Jedzenie: Zdarzyło nam się być kilka razy w Afryce i zawsze zachwalaliśmy jedzenie (oprócz mojego dietetycznego pobytu na Wyspach Zielonego Przylądka). Ale po kilku pobytach chyba czas przyjrzeć się tej kuchni. Czy słyszeliście kiedykolwiek o "kuchni afrykańskiej" ? No właśnie ! Chińskiej, włoskiej, meksykańskiej, na pewno. Ale afrykańskiej ? Co oni jedzą ? lwy ? zebry ? żyrafy ? a może jak wszyscy kurczaki, ryby, ryż i białe pieczywo z masłem ? Przebywając w hotelu z opcją All Inclusive nigdy się tego nie dowiemy. W hotelu dostaniemy pełen przegląd jedzenia z całego świata począwszy od białego pieczywa z dżemem w plastiku, przez wieprzowinę (w kraju muzułmańskim) po owoce morza. Zatem gdzie tu Afryka ? Nadal nie wiadomo czym się żywią na co dzień. Na wycieczkach z wliczonym posiłkiem, za które turysta zapłacił kilkadziesiąt $ także podadzą to co najlepsze łącznie ze świeżymi owocami prosto z drzewa. Tak też uświadomił mnie nasz kierowca. Dostaliście to co u nas najlepsze, to co jemy na weselach. I przyznam, że na jednej z wycieczek było tego sporo, smacznie, dobrze przyprawione i na podłodze: ryż, mięso przeważnie kurczak, sos, warzywa, czipsy. Kontynuując wypowiedź kierowcy: na co dzień jemy ryż z jakimś sosem i przeważnie ryby oraz chleb (bardzo cienki chleb w rodzaju "lawasz") czyli skromnie.
Waluta/Ceny: Temat nie dotyczy osób, które nie zapuszczają się w tak "dzikie" miejsca jak targ na końcu ulicy, nie korzystają z usług małych, lokalnych restauracji. A właśnie tam jest życie, którego szukamy. Na Zanzibarze można płacić dolarami USA. W restauracjach ceny jak to w restauracjach, za posiłki tak jak w Polsce około 20 zł. Miejscowe piwo 0,5L 3$. Ceny na rynku za pamiątki, koszulki, torebki oczywiście wygórowane (zależy kto w jakiej walucie zarabia w pln czy €). Dlatego najlepszym sposobem na kupno u miejscowych za rozsądną, ludzką cenę jest skorzystanie z miejscowego przewodnika. Należy wybrać towar, a przewodnik kupuje jak dla siebie. Wówczas taki sobie na przykład koszyk wart około 40 zł (cena dla miejscowych) wyceniony dla turysty na 200 zł kupimy za 70 zł " i będzie pan zadowolony". Standardowo im większy zakup tym większy upust. Dlatego warto kupować w kilka osób na jednym stoisku.
Pogoda: Gorąco i wilgotno ale znośnie. W styczniu 30oC. Słońce pali nawet w cieniu. Chwilami pokropiło. W nocy i raz do południa zdarzyła się ulewa. A tak poza tym zachmurzenie niewielkie z przejaśnieniami. Dla nas jednak za gorąco dlatego ratowaliśmy cię cieniem parasola i palm. Za to kolega ze słońca nie schodził. Tak, że co kto lubi.
Internet: W hotelu było darmowe WiFi. Roaming: połączenie głosowe 8 zł min. SMS 2 zł.
Bezpieczeństwo: W trakcie wyjazdów poruszaliśmy się w 6 osób z miejscowym przewodnikiem, tak że było bezpiecznie. Przewodnicy także zachwalali Zanzibar jako bezpieczny i przyjazny kraj co potwierdził spotkany w barze Polak mieszkający na Zanzibarze. Mijaliśmy ludzi podróżujących w dwójkę z plecakami. Tak, że Zanzibar chyba zasługuje na miano bezpiecznego kraju. Chociaż raz przejazdem minęliśmy grupkę mężczyzn zalegających z maczetami przy drodze, przy których lepiej się na zatrzymywać. W nocy poza hotel nie wychodziliśmy, zresztą nie było gdzie na takim odludziu. W trakcie jednego z wyjazdów zostaliśmy zatrzymani przez policję do kontroli. Policjant ewidentnie szukał pretekstu do wzięcia łapówki od kierowcy i przewodnika ale się przeliczył i musiał zrezygnować.
Elektryczność: Gniazdka trochę inne niż nasze ale wtyczki polskie pasują.
Czas lokalny: różnica czasu 2 godz. do przodu.
Co warto kupić: Warto zwrócić uwagę na miejscowe przyprawy, ogólnie znane ale jednak uprawiane na miejscu: wanilia, pieprz, gałka muszkatołowa, goździk, kardamon itp. Wszystko to można obejrzeć na plantacjach przypraw w trakcie wycieczek po wyspie i oczywiście na miejscu kupić nieznacznie przepłacając. Miejscowe kosmetyki w postaci mydeł, kremów i olejków wyrabiane z uprawianych wodorostów czyli teoretycznie bez nadmiernej eksploatacji zasobów oceanu, kupiliśmy w niewielkiej, wiejskiej manufakturze. Miejscowe rękodzieło pod wszelaką postacią niepotrzebnych domowych osiadaczy kurzu. Aż dziw bierze, że ktoś to kupuje. Aż tu nagle Katarzyna wzięła i kupiła obraz. Mówisz – masz. Standardowo przywozimy koszulki dla syna z nadrukami miejscowej kultury.
CO ZOBACZYĆ
Warto obejrzeć / Warto przeczytać:
- Blondynka na Zanzibarze (Beata Pawlikowska)
- Kobieta na krańcu Świata - Zanzibar (cykl Martyny Wojciechowskiej)
VIDEO travelzoom.pl
Dodaj opinię: komentarz & opinie
